Cztery mile za Warszawą 15.Droga, którą szedłem (Więzienna przestroga) 16. W więziennym szpitalu 17. Więzienna piosenka 18. Chłopaki nie płaczą Albumi. Godina izdavanja. Pošaljite tekst. Pošaljite zahtev. Tekst/lyrics pesme Mile Kitić - Karavan - Zbog ljubavi sam znao da se pobijem Ceo život sanjam jedan isti san Da ona kojoj prave karte otkrijem Zavoli me tako. Chords: E, Am, Dm, Em. Chords for Cztery mile za Warszawą. Grupa Teatralna Warszawiaki w Oparach Absurdu.. Play along with guitar, ukulele, or piano with interactive chords and diagrams. Includes transpose, capo hints, changing speed and much more. a Cztery mile za Warszawą Wydałdem ja siostrę zaa mąż, Wydałdem ją za Hendrayka NajwiększEego roz - baójnika. W wieczór wyjdzie, rano przyjdzie, Zawsze z sdobą coś przyniaesie Raz jej przdyniósł damską raączkę, A na rEączce tej - obraączkę. Innym razem - dla humoru Złoty dorder z radcą dwaoru Dobry mdąż był, każdy Wiele z nich znajduje się blisko centrów miast, w pobliżu atrakcji lub galerii handlowych. Poziom obsługi również jest zazwyczaj ponadprzeciętny. Wyszukuj i rezerwuj oferty na najlepsze hotele 4-gwiazdkowe w Warszawie, (Polska)! Zapoznaj się z opiniami gości i zarezerwuj hotel 4-gwiazdkowy w sam raz dla siebie. Cztery mile za Warszawą Lyrics. Muzyka: Tadeusz Suchocki. Słowa:Jerzy Baranowski. Cztery mile za Warszawą. Wydałem ja siostrę za mąż, Wydałem ją za Hendryka. Największego rozbójnika. W wieczór wyjdzie,rano przyjdzie, Zawsze z sobą coś przyniesie. vh5S185. Autor zdjęcia: mat. promocyjne (Zuhal Kocan)Tomasz Dąbrowski - wiadomo kim jest. Mamy okazję słuchać go na żywo często podobnie jak i mieszkancy reszty Europy. Znakomity trębacz, kompozytor, człowiek, który od lat stanowczo bierze sprawy swojej kariery w swoje ręce i robi to z wielkim powodzieniem. Ilekroć ukazuję się jego nowa płyta pojawia się ogromna pokusa umieszczenie jej w gronie wyjątkowych zdarzeń. Tak było i z jego najnowszym albumem "Six Months & Ten Drops" , tak teżjest z albumem "SOLO: 30 Birthday, 30 Concerts, 30 Cities". Z tej okazji, ale też i w wielu innych powodów udało nam się złapać Tomka na chwilę i porozmawiać. Oto efekt tej rozmowy. Przekroczyłeś 30stke, co oznacza, że w obiegowym rozumieniu rzeczy przestałeś być muzykiem młodym. Jak się z tym czujesz? Bardzo dobrze. Czas płynie, jestem coraz bardziej dojrzały i przez to ostrożniejszy w działaniach artystycznych. Dobrze ze przestałem być młodym. Określenie "obiecujący i młody" jest już dla mnie oklepane, a tak na marginesie ciekawe jakie teraz określenie się pojawi. Pewnie teraz będziesz określany jako jeden z najciekawszy muzyków średniego pokolenia. Brzmi gorzej, ale etykietka jakaś jest J Powiedziałeś przed chwilą , że stałeś się ostrożniejszy w działaniach muzycznych. Co przez to rozumiesz i jak się ta ostrożność objawia? Ostrożniejszy to może nie do końca odpowiednie słowo, jestem po prostu bardziej rozważny. Na czym zatem ta rozwaga polega? Na podejściu do mojego własnego grania, do kompozycji. Mam także coraz częściej wrażenie, że patrzę na muzykę wertykalnie, zamiast horyzontalnie. Mam tu na myśli zgłębianie konkretnych zagadnień muzycznych, a nie granie po prostu, dlatego, że umiem. Jestem w takiej chwili, że wiem o tym, że umiem i nie muszę sobie tego już udowadniać. W tym momencie czuje jednak, że stoję na jakimś rozdrożu. Granie solo i nagrania płytowe pochłonęły bardzo dużo zarówno energii, jak i czasu. Teraz natomiast powoli pojawiają się pomysły co dalej. Aż trudno uwierzyć w to, co mówisz. Nie sprawiałeś do tej pory człowieka, który musiał sobie udowadniać swoje umiejętności. To nowe wertykalne spojrzenie, to był proces czy zauważyłeś zmianę nagle? Hehe, to moje własne obserwacje mojej osoby, jak to na zewnątrz wygląda przyznam nie wiem. Ja zauważyłeś, jestem po 30-tce i mimo relatywnie młodego wieku, i w trakcie trasy solo która trwała ponad 7 miesięcy, zauważyłem iż stopniowo nabieram dystansu do siebie i tego co robię i widzę to jako coś bardzo pozytywnego. Odkryłem też, że w tym kontekście – recital solo, to dla mnie idealny punkt wyjścia. Punkt wyjścia do czego? Znowu odwołam się do stereotypu, recital solo zazwyczaj postrzegany bywa jako punkt wieńczący coś, a nie miejsce startu do czegoś. Granie solo na instrumencie melodycznym, eksplorowanie możliwości instrumentu i mojego umysłu przy użyciu jak najmniejszej ilości informacji - materiału muzycznego, czy to melodii, tekstury, czy też dynamiki i rytmu. Improwizacja w kontekście całego koncertu, staje się wtedy elementem historii opowiadanej, a nie próbą odpowiedzi nią sobie czy potrafię zagrać solo. Zauważyłeś to w trakcie swojej wielkiej koncertowej tury 30 solowych koncertów na 30 urodziny w 30 miastach? Tak. Ciekawie te trasę nazwałeś Która cześć tej nazwy wydaje ci się ciekawa? J Słowo wielka. Tak, zauważyłem to w trakcie trasy solo, wówczas też pojawiła się odpowiedź na pytanie jak uciągnąć 45- 60 minutowy koncert, będąc mną. J Co masz na myśli? Chcesz powiedzieć, że nie znajdywałeś w sobie wcześniej takiej możliwości, aby zbudować godziną historię i opowiedzieć ją słuchaczom? Było to możliwe i miałem takie koncerty nawet jeszcze przed trasą solo. Dopiero na trasie jednak oswoiłem się z graniem samemu na scenie, na tyle, że wyzbyłem się obaw. To ważny moment, bo w miejsce obawy pojawiło się skupienie na opowiadanej historii i na narracji Można więc powiedzieć, że ta 30 koncertowa trasa solo była czymś wyjątkowym nie tylko ze względu na formułę, ale także jako sposób odnajdywania siebie. A czym jest formacja Free4Arts? Tak, to absolutnie najbardziej znaczące przedsięwzięcie w mojej karierze jako artysty i chciałbym też w tym miejscu dodać, że projekt solo jest już nagrany. Odbyły się 3 sesje nagraniowe w przestrzeniach o zróżnicowanej akustyce, chciałem przekonać się jak muzyka zabrzmi w zależności od pomieszczenia. Przy nagraniach towarzyszył mi John Fomsgaard – wyjątkowy realizator, oraz Kristoffer Juel Poulsen – kamerzysta. Materiał, który ujrzy światło dzienne został nagrany w kościele protestanckim w Kopenhadze. Muzyka i nagranie video, do tego krótki dokument o całej trasie „30 urodziny / 30 miast / 30 kocertów” o powstaniu płyty. Natomiast Free4arts jest moim najnowszym zespołem, do którego zaprosiłem kilku w moich ulubionych muzyków. Muzyka grana przez ten zespół, moje kompozycje, to nowy rozdział w moim pisaniu, Mam wrażenie, że to bardzo skupione, spójne i pozbawione pretensjonalności kompozycje. Jest tu też najwięcej melodii. Z jakich powodów są to Twoi ulubieni muzycy? Z wielu powodów. Przede wszystkim dojrzałość artystyczna, która cechuje każdego z muzyków z Free4Arts, poza tym wspólne ogarnie sprawdzone w wielu formacjach. No i oczywiście zbliżony gust muzyczny. To dlatego ten zespół brzmi w mojej opinii tak klarownie. Ująłbym to w ten sposób, że w tym bandzie w centrum jest muzyka, a nie ego któregokolwiek z muzyków. To też element mojego dojrzewania, wyzbycie się ego i prób kontrolowania muzyki. Steve Lacy powiedział kiedyś graj to czego nie znasz, to znacznie ciekawsze – mówisz, że wyzbyłeś się prób kontrolowania muzyki. Czy muzyka Free4arts jest dla Ciebie takim zaskoczeniem? Tak, zgadzam się z tymi słowami. Jasne, że gramy kompozycje, ale na tyle jasno napisane, że instrukcje co do kierunku nie ograniczają kreatywności muzyków, a wyznaczają nowe kierunki. No właśnie, jak postrzegałeś kiedyś, a jak postrzegasz teraz, relacje pomiędzy tym co skomponowane a tym co oddane swobodzie improwizatorskiej kreacji? Od kiedy zacząłem komponować, bardzo zależało mi na tym by improwizacje były częścią kompozycji. Na własne potrzeby nazywam to ukierunkowaną improwizacją. Z upływem czasu mam wrażenie, że jestem coraz lepszy w przelewaniu na papier bardzo konkretnych instrukcji. I tak sobie myślę, że w ogóle cechą dobrego bandleadera jest świadomość ile trzeba powiedzieć muzykom gdy przynosi się im nowy utwór. Cel jednak, od pierwszej płyty był ten sam - by improwizacja była integralną częścią kompozycji. Ile trzeba wyjaśniać w Twoim zespole? Z free4arts prawie nic, wszystko jest jasno nakreślone, i praca polega na realizowaniu tego co zapisane, mieszczenie się w formie. Oczywiście w sytuacji koncertu często odpływamy czasami w zupełnie inne strony. Czyli co udało Ci się zbudować na dziś idealne dla siebie medium, pozwalające na wszystko, czego Twoja dusza zapragnie? Na ten moment to rzeczywiście idealny zespół dla mnie. Niezależnie czy z Jacobem Anderskovem na fortepianie czy z Simonem Krebsem na gitarze. Co oczywiście nie zmienia faktu, że jeszcze w tym roku, chce wrócić z Tom Trio. A to bardzo dobra wiadomość, bo też i Tom Trio to zespół, który szkoda byłoby, gdyby miał ze sceny zniknąć. Wspomniałeś o Simonie Krebsie. Do nagrania płyty „Six Months & Ten Drops zaprosiłeś jednak tylko pianistę Tak, gitarzysta pojawił się w zastępstwie, gdy Jacob miał akurat inne zobowiązania koncertowe. Simon jest wyśmienitym gitarzystą, ale również organista. Duża część partii fortepianu jest zapisana, a chodziło mi o to, by zachować charakter kompozycji. Simon sam też nalegał, że będzie grał z fortepianówek. I tak przy pomocy kilku pedałów gitarowych i starannie dobranych brzmień, udało się stworzyć nowe brzmienie zespołu. Na to żeby doświadczyć tego, będzie trzeba poczekać jednak na wasze koncerty z Simonem, są jakieś w planie? Są, ale w oryginalnym składzie z Jacobem Anderskovem. Czyli wierzę Ci na słowo,. J A właśnie możesz zdradzić kiedy przyjedziesz do Polski z Free4Arts? W listopadzie, ale w tym momencie poproszę śledzić moją stronę internetowa. Będą tam wszystkie informacje. Póki co nie wszystko jeszcze dokładnie ustalone. Wróćmy do Tom Trio, jaką pozycję teraz będzie miał ten band, w kontekście nowej formacji? Gramy od trasy do trasy, pod tym względem niczym się ten zespół nie różni, jako że dobrałem sobie muzyków bardzo zajętych. W takiej sytuacji nie sposób prowadzić zespołu w reżimie regularnych prob. Tak wiec pozostaje praca przy organizowaniu tras i poszukiwanie pretekstów do spotkań w formie tras czy pojedynczych koncertów. A mógłbyś opowiedzieć o pracy nad „Chapters”, kolejnej bardzo dobrej i bardzo dobrze przyjętej skądinąd płyty? Bartek zgłosił się do mnie z propozycją by zagrać duet. Bardzo miło mnie to zaskoczyło. Kiedy doszło już do spotkania to muzyka była od pierwszej chwili. Bartek ma bardzo jasny obraz swojej muzyki i ja niezmiernie to doceniam, i co tu kryć lubię w taki sposób pracować - mając do dyspozycji konkretne ramy kompozycyjne. Było to inspirujące spotkanie dla mnie jako kompozytora przede wszystkim. Co było tak szczególnie inspirującego? Brzmienie Bartka na bębnach, to po pierwsze, ale także sposób używania tekstur i brzmień. Poza tym świetne kompozycje i sposób orkiestracji brzmień pozwalający słuchać tej płyty, jako propozycji kompletnego zespołu, nie duetu bez basu J A jakie drogi zawiodły Cię do Folk Five Irka Wojtczaka? To w moim odczuciu ważny na polskiej scenie zespół i co szczególnie ważne, powstał nie jako projekt specjalny, ale jako wynik wielkiej fascynacji Irka polską muzyką ludową. Historia sięga warsztatów SIM w Sopocie w Zatoce Sztuki. Parę lat temu, tam zagrałem z Irkiem, poznałem z Tyshawnem Soreyem. Z Irkiem to taka historia, że na warsztatach był wtedy Ravi Coltrane. Wieczorne jam session jakoś podupadało i wówczas ja z Irkiem zagraliśmy duet. Niby nic wielkiego, ale pamiętam że od razu muzyczna osobowość Irka mnie zachwyciła. Po zejściu ze sceny Ravi powiedział Irkowi, że było to dobre. Śmiejemy się dzisiaj z tej historii, ale od tamtego czasu ilekroć się spotykaliśmy pomysł zagrania wspólnego wracał. Wreszcie nadarzyła się okazja przy polskiej edycji Folk Five, gdzie oprócz Irka mam przyjemność grać z Piotrem Manią, Adamem Żuchowskim i genialnym Kuba Staruszkiewiczem. Fascynacja Irka muzyką ludową to dłuższy temat, efekt badań które przeprowadził. ta muzyka choć mało mi znana to bliska sercu i duszy . Zastanawiałeś się skąd ta bliskość? Skąd? Nie wiem, ale czuję pod skórą coś, czego nie daje Ci żaden inny rodzaj muzyki. Gdy gramy "4 mile za Warszawą" to ciarki mam na plecach za każdym razem. Nawet grając sam temat. Myślę też, że znaczny wpływ na mój odbiór tej muzyki ma sam Irek. Swoją postawą, bezbronnością, ale i jednocześnie zaciętością oraz sposobem, w jaki prowadzi zespół, sprawia że cokolwiek by się nie działo, to za każdym z kolegów pójdę na scenie jak w ogień. Tak, jest w Irku nie tylko muzyku, ale też jako człowieku, ten rodzaj siły, któremu trudno się oprzeć. Dokładnie tak, siła i mądrość To kluczowe sprawy dla każdego twórcy. W twojej sztuce też to słychać. Jako, że jesteś już od niedawna muzykiem średniego pokolenia, to na sam koniec rozmowy powiedz mi czego życzyć ci na nowej drodze życia muzycznego? Kreatywności nieprzerwanej i uporu, a wszystkie inne sprawy? Myślę że się ziszczą się przy odrobinie szczęścia... Zatem i tej odrobiny szczęścia ci życzę i do zobaczenia na koncertach? To tęsknota za Warszawą, miastem mych snówDziś budzi się znówZa stolicą, za ulicą właśnie za tąGdzie niegdyś stał domGdzieś spędził lata szczenięceI gdzie kochałeś najgoręcejTak, jak się kocha razGdzie żar uczuć płonął i zgasłTo tęsknota za tym, po czym znikł wszelki śladGdy gmach marzeń padłZa dzielnicą jak poematZa dziewczyną, której nie maZa Warszawą sprzed lat Legenda: inc, incipit - incipit - z braku informacji o tytule pozostaje cytat, fragment tekstu z utworu abc (?) - text poprzedzający (?) jest mało czytelny (przepisywanie ze słuchu) abc ... def - text jest nieczytelny (przepisywanie ze słuchu) abc/def - text przed i po znaku / występuje zamiennie abc (abc) - wyraz lub zwrot wymagający opisu, komentarza (abc) - didaskalia lub głupie komentarze kierownika Krótki błysk wielkiej gwiazdy 7 wrz 19 08:43 Ten tekst przeczytasz w 6 minut Dziewięciokrotny mistrz olimpijski, największy na świecie sportowiec lat międzywojennych, pokonany w Warszawie. Do takiej sensacji doszło 7 września 1929 roku. Stanisław Petkiewicz, którego późniejsze losy okazały się tragiczne, w biegu na 3000 m zwyciężył Paavo Nurmiego. Foto: NAC Petkiewicz (z prawej) i Nurmi przed biegiem 7 września 1929 roku Stanisław Petkiewicz w biegu na 3000 m pokonał Paavo Nurmiego Przyjazd Nurmiego do Warszawy zelektryzował całą Polskę sportową, a w Warszawie wzbudził zainteresowanie z niczem nieporównane – pisał „Przegląd Sportowy” dziewięćdziesiąt lat temu Zapytano Petkiewicza, jak to się stało, że tydzień wcześniej przegrał z Czechem Koscyakiem, a teraz pokonał sportową legendę. Niespodziewany zwycięzca dał zaskakujące wyjaśnienie >> ARTYKUŁ POCHODZI Z „PS HISTORIA”, DODATKU DO „PRZEGLĄDU SPORTOWEGO”, KTÓRY UKAZUJE SIĘ W KAŻDY CZWARTEK << Przyjazd Nurmiego do Warszawy zelektryzował całą Polskę sportową, a w Warszawie wzbudził zainteresowanie z niczem nieporównane – pisał „Przegląd Sportowy” dziewięćdziesiąt lat temu. „Nurmi jest najpopularniejszym człowiekiem na kuli ziemskiej, jest bezkonkurencyjny, nie ma sobie równych” – zaświadczał „PS” i podkreślał, że dopiero w 1929 roku po raz pierwszy słynny fiński biegacz przyjechał do Polski. Na boisku AZS w parku Skaryszewskim miał utrzeć nosa 20-letniemu młokosowi z Warszawianki. „Przeciwstawimy mu chlubę lekkiej atletyki polskiej Petkiewicza…” – donosiła gazeta, ale studziła emocje, że tak naprawdę rywalem wielokrotnego rekordzisty świata może być tylko czas, natomiast polski biegacz zostanie z tyłu nawet 50 metrów. Pierwszy przerywa taśmę Tamta wrześniowa sobota przypominała już nadchodzącą jesień. Deszcz z gradem przeplatał się ze słońcem, dokuczało dotkliwe zimno. Mimo to trybuny boiska warszawskiego AZS zapełniły się tłumem ponad sześciu tysięcy kibiców chcących zobaczyć w akcji najlepszego biegacza świata. Fin, któremu już za życia postawiono pomnik, przed startem tylko na moment pokazał się warszawskiej publiczności i zaszył się między drzewami, przeprowadzając rozgrzewkę. „Petkiewicz pręży się w oczekiwaniu na strzał, Nurmi stoi spokojnie. Pada strzał. Nurmi wypycha naprzód Polaka, zmuszając go do prowadzenia…” – relacjonował „PS” początek fascynującej rywalizacji. „Pierwsze okrążenie mija w 1:10. Nurmi patrzy na zegarek, trzymany w prawej ręce i natychmiast zwiększa tempo, przejmując prowadzenie”. Rekordzista świata prowadził do piątego okrążenia, w którym znów zachęcił Petkiewicza, aby wyszedł na czoło. Polak przyjął propozycję, ale na krótko, bo biegacz z Turku uznał, że tempo jest zbyt wolne. Po przebiegnięciu dwóch kilometrów w czasie 5:46 mistrz postanowił ostro zaatakować. „Zwiększa tempo wyraźnie na przestrzeni kilkuset metrów, jednak Petkiewicz biegnie za nim jak cień. Coraz częściej Finn odwraca głowę, wsłuchuje się jakby w oddech Polaka, ale oddech ten jest równy i spokojny” – opisywał „PS” walkę na bieżni. „W szóstem okrążeniu Petkiewicz przeżywa co prawda lekki kryzys, który jednak mija niepostrzeżenie, a w chwilę potem łapie on już t. zw. «drugi oddech»”. Według naszego ówczesnego sprawozdawcy mistrz olimpijski zmienił wtedy taktykę, uznał, że tempem już nie zamęczy Polaka, więc rozegra bieg na finiszu, gdzie wyczerpany rywal nie stawi mu oporu. „To też na ostatnich okrążeniach tempo wyraźnie słabnie. Na 300 mtr. przed taśmą Nurmi wielokrotnie się ogląda, czekając na atak, który jednak nie nadchodzi. Ustępuje jeszcze raz miejsca Petkiewiczowi, chcąc widocznie mieć go przed sobą, ale Polak tym razem odrzuca tę propozycję. Przy wejściu na krzywiznę Petkiewicz atakuje po raz pierwszy. Na próżno. Nurmi zwiększa tempo. Na prostą wpada jako pierwszy z metrem przewagi. Po raz pierwszy twarz Finna traci kamienny spokój. Rozjaśnia ją uśmiech pewności zwycięstwa” – oceniał nasz sprawozdawca. Jednak jak się okazało, Polak nie dał za wygraną. „Petkiewicz finiszuje. Finiszuje i Nurmi. Pierś w pierś, w szalonem tempie walczą obaj biegacze. Na chwilę jeszcze wysuwa się naprzód wyrzucona z całą rozpaczą pierś Nurmiego. Na chwilę tylko, bo oto Petkiewicz ostatnim wysiłkiem wyprzedza Finna i pierwszy przerywa taśmę” – czytamy w „PS”. Wyczyn polskiego biegacza był tak niesamowity, że początkowo nikt z kibiców nie mógł w to uwierzyć. „I wśród grobowej niemal ciszy, wśród niezmiernego zdumienia, które za chwilę ogarnie cały świat, kilkunastu chłopców wyprowadza Petkiewicza z bieżni. Nurmi, ze spuszczoną głową, obojętny na wszystko i na wszystkich chodzi przez chwilę po bieżni, potem lekkim truchcikiem biegnie po swe rzeczy… Teraz dopiero wybucha prawdziwy entuzjazm. Ludzie oprzytomnieli, zrozumieli” – tak wyglądał ostatni akt wielkiego triumfu biegacza, o którym natychmiast napisano, że to talent „który przy dalszym rozwoju może być jednym z pierwszych, a może nawet pierwszym na kuli ziemskiej”. Kiedy nazajutrz po biegu reporter zapytał Nurmiego o powody porażki, ten tłumaczył się trudami podróży i… przeszkadzającym wiatrem. Wielki Niemowa, jak go nazywano, nie tracił jednak humoru nie tylko dlatego, że na drugi dzień zrewanżował się Petkowiczowi w biegu na 4 mile, ale był także pod wrażeniem urody Warszawy. „Podobają mu się tu kobiety, co jest pierwszym w życiu wyznaniem Nurmiego na temat feministyczny” – śmiał się jego tłumacz. Zapytano też Petkiewicza, jak to się stało, że tydzień wcześniej przegrał z Czechem Koscyakiem, a teraz pokonał sportową legendę. Niespodziewany zwycięzca dał zaskakujące wyjaśnienie: „Mecz z Czechami był pod koniec miesiąca. Nurmi przyjechał tuż po pierwszym. Przedtem jadłem porządny obiad raz na 2–3 dni, pieniądze wyszły… Teraz po pierwszym jadam regularnie” – mówił nasz biegacz. Bieg mężczyzn na 5000 metrów z udziałem fińskiego lekkoatlety Paavo Nurmiego w Królewskiej Hucie. Na przodzie widoczny Stanisław Petkiewicz Z Rygi do Warszawy Kim był nowy bohater polskiego sportu, który rok wcześniej startował w igrzyskach olimpijskich w barwach… Łotwy? Na olimpijskiej bieżni w Amsterdamie dziewiętnastolatek z Rygi Staņislavs Petkevičs zajął 7. miejsce w konkurencji 5000 m, ale zwrócił na siebie uwagę bojowością i pięknym stylem biegu. Wróżono mu wielką karierę. Dwa miesiące po igrzyskach „PS” z radością informował: „Olimpijczyk Łotwy – w szeregach polskich”. Opisywano też okoliczności niezwykłej zmiany barw. „Już sama geneza przyjazdu Pietkiewicza (tak na początku pisano nazwisko – przyp. red.) do Warszawy sprawia, że zbliżamy się do niego z wielką sympatią. Ten świetny zawodnik zwrócił na siebie na Olimpijadzie uwagę całego świata sportowego. Zdobywszy jednak w swej przybranej ojczyźnie ogromną sławę sportową, nie omieszkał Łotwy porzucić, gdy tylko okoliczności na to pozwoliły, by przybyć do swej rzeczywistej ojczyzny – Polski” – informuje „PS”. Nowa gwiazda naszej lekkoatletyki urodziła się w polskiej rodzinie w Rydze, w której rozmawiano w ojczystym języku. Po ukończeniu szkoły średniej Staszek „przybył na wyższe studja do Warszawy bez żadnych środków finansowych, skazując się z góry na ciężką walkę o byt”. Studiował prawo na UW i trenował. Zaczął biegać, gdy miał 16 lat jesienią 1924 r., na zawodach szkół średnich na Łotwie. Chodził tam do szkoły popołudniowej i wracał do domu późnym wieczorem. „Zamiast iść, odbywałem drogę biegiem. Nieraz zatrzymywał mnie biegnącego policjant, miałem na tem tle sporo zabawnych przygód” – zwierzał się w wywiadzie dla „PS”. Rodzice początkowo nie chcieli słyszeć o jego pasji, więc ją ukrywał. Bieganie nie było jeszcze wtedy popularne. „Gdy zimą trenowałem gdzieś na szosie, każdy przechodzący miał mi coś do powiedzenia i naśmiewano się ze mnie, nadokuczano mi nie do wytrzymania” – dodawał Petkiewicz. Wiosną 1928 roku zdobył mistrzostwo Łotwy w biegu przełajowym, natomiast jesienią na dobry początek w Polsce podczas otwarcia stadionu Orła na warszawskim Grochowie pokonał w biegu na 3000 m przyszłego mistrza olimpijskiego Janusza Kusocińskiego. Od razu zyskał ogromną sympatię wśród dziennikarzy. „Z pośród wszystkich biegaczy jedynie Petkiewicz biega stylowo: krok długi, elastyczny, ręce przy piersiach pracują intensywnie, oddychanie miarowe” – zachwycał się „PS” i dalej zachwalał: „Umięśnienie wspaniałe. Typowe nogi długodystansowca, o świetnie wyrobionych łydkach, długie elastyczne ścięgna, wąska wypukła klatka piersiowa, serce niezmordowane o pulsie 52. Słowem atleta predysponowany przez naturę do długotrwałego wysiłku…”. W tamtym okresie w niemal co trzecim numerze naszej gazety była jakaś informacja o Petkiewiczu, a to wygrał narodowy bieg na przełaj, a to pobił nowy rekord Polski, to znów pokonał w Wilnie plejadę biegaczy fińskich. Stał się pupilem mediów, a nasza gazeta postanowiła mu nawet pomóc finansowo w wyjeździe na międzynarodowe mistrzostwa Anglii. „(…) jest w świetnej formie, którą należy wygrać na terenie międzynarodowym, jako największy obecnie atut sportu polskiego” – uzasadniał „PS” swoje zaangażowanie. Tajemnicza dyskwalifikacja Na krajowej bieżni nowa gwiazda została największym konkurentem Kusocińskiego. Obaj reprezentowali wtedy Warszawiankę, ale nie przepadali za sobą. Byli inni, trenowali oddzielnie i na początku częściej wygrywał Petkiewicz. W maju 1931 roku doszło między nimi do nieprzyjemnego zgrzytu podczas biegu na 3 km. „W chwili najzacieklejszej walki finiszowej Petkiewicz popchnął Kusocińskiego i minął go nieprawidłowo z lewej strony. Kusociński zszedł z bieżni i biegu nie ukończył” – relacjonował „PS”, starając się jednak wytłumaczyć zwycięzcę, że jego postępek nie był umyślny. Zresztą bieg unieważniono, ale wkrótce na łotewskiego Polaka spadły kolejne wielkie kłopoty. O ile w 1929 roku „PS” pisał, że „trudności związane z dyskwalifikacją Petkiewicza na Łotwie usunięto dzięki energii PZLA”, to już w marcu 1932 ukazała się informacja o jego bezwzględnej dyskwalifikacji: „Pełne zebranie PZLA pod przewodnictwem prezesa Znajdowskiego, po rozpatrzeniu wszelkich win, zebranych przez komisję dyscyplinarną, nabrało niezbitej pewności co do licznego przekraczania zasad amatorstwa przez najlepszego ongiś naszego biegacza”. Petkiewicz miał użyczać swego nazwiska do celów reklamowych. Tak się złożyło, że miesiąc później światowa federacja zawiesiła także z podobnych powodów… Nurmiego. Petkiewicz został wyeliminowany tuż przed igrzyskami w Los Angeles. Jego kariera trwała krótko, lecz nie brakowało opinii, że dyskwalifikacja była tajemnicza, a dużą rolę miała w tym odegrać Warszawianka. Nie porzucił jednak sportu, napisał podręcznik dla biegaczy i został trenerem. Szkolił następnego konkurenta Kusocińskiego – Józefa Nojiego. W 1939 roku wyjechał na stałe do Argentyny, gdzie w Buenos Aires założył Instytut Kultury Fizycznej. Jak podają różne źródła, w 1960 roku zginął zastrzelony przez pracownika zwolnionego z tego instytutu. Przeczytaj pozostałe teksty z 40. numeru „PS Historia” Mój Boże, co za finał! Historia w zdjęciu zamknięta Obrońca wagi ciężkiej Perfekcyjny wyścig po złoto Zygmunt Anczok: Młodzi już mnie nie rozpoznają Data utworzenia: 7 września 2019 08:43 To również Cię zainteresuje Masz ciekawy temat? Napisz do nas list! Chcesz, żebyśmy opisali Twoją historię albo zajęli się jakimś problemem? Masz ciekawy temat? Napisz do nas! Listy od czytelników już wielokrotnie nas zainspirowały, a na ich podstawie powstały liczne teksty. Wiele listów publikujemy w całości. Cztery mile za Warszawą, Ojciec wydał córkę za mąż. Ona wyszła za Henryka, Za wielkiego rozbójnika. On po górach on po lasach, Ona sama w tych szałasach. Raz jej przyniósł chustkę białą Całą we krwi umazaną. Żono, żono wypierz mi ją I na słońcu wysusz mi ją Żona prała i płakała, Bo tę chustkę poznawała. To jest chustka brata mego Dzisiaj w nocy zabitego. Mąż jej niue spał, wszystko słyszał i ze złości ledwo dyszałWyprowadził ją na łączkiPowykręcał złote rączkiI wydłubał piękne oczka. Synek pyta gdzie jest mama, Tam na polu zakopana. Wziął 3 noże, 2 widelceWbił dziewczynie prosto w serce O 12-tej biją dzwony, Hendryk został powieszony. Synek pyta gdzie jest tata Tam na stryczku sobie lata. Foto: Yakobchuk Viacheslav / Shutterstock Wyobraź sobie, że tracisz kilka, kilkanaście tysięcy PLN. Rozpaczasz? Ależ skąd. W niektórych przypadkach nie będziesz nawet wiedzieć o tym, że coś straciłeś. Oto złodzieje mil lotniczych i ich eldorado. Zgłosił się do mnie jeden z naszych czytelników. Pan Marek z Wrocławia (imię zmienione) padł ofiarą kradzieży. Nie byłoby w tym może nic dziwnego, gdyby nie fakt, iż ukradzionym towarem były… mile lotnicze, które od kilku lat zbierał w programie lojalnościowym jednego z sojuszy przypadek pana Marka, wdepnąłem w szary świat. To miejsce, gdzie nie zaglądają postronni użytkownicy internetu. Nie mają o nim pojęcia podróżni, którzy pracowicie zbierają mile-nagrody za swoje przeloty. Nie dostaniemy się tam ot tak, bez żadnego problemu. Ale to właśnie tam handluje się towarem, który ma realną wartość. Twoimi milami lotniczymi. Sprawdź najlepsze oferty na wczasy Podstawy zabawy w mile– Zebrałem tego sporo. Licząc na szybko, będzie z kilkaset tysięcy.– Jeden przewoźnik, jeden program lojalnościowy?– Mam mile w różnych systemach.– Dużo latasz…– To kwestia mojej pracy. Co kilka tygodni muszę być w Stanach Zjednoczonych, do tego loty do Indii, Chin, Australia trzy razy w roku.– Ale pracujesz w Polsce?– Tak, w jednej z korporacji, mającej swoją polską siedzibę w województwie dolnośląskim.– Długo czasu zabrało Ci zebranie tylu mil?– Około trzech w pełni zrozumieć mechanizm kradzieży, zacznijmy od szczypty są mile lotnicze? W dużym skrócie: systemem lojalnościowym, który ma za zadanie przywiązać pasażera do danej linii lotniczej lub sojuszu, w którym dany przewoźnik jest obecny. Mechanizm jest prosty: za każdy odbyty lot, otrzymujemy specjalną „nagrodę”. Są nią jest mechanizm naliczania mil? Kiedyś wyglądało to w miarę prosto: za każdą „wylataną” w trakcie podróży samolotem milę (realną), otrzymywaliśmy milę-nagrodę. Nasz bezpośredni lot z Warszawy do Los Angeles to trasa licząca 6016 mil? Dokładnie tyle mil-punktów trafiało na nasze konto w systemie lojalnościowym nagrody zależała od… naszego biletu. Zakup biletu (i późniejszy lot) w klasie biznes lub w klasie pierwszej skutkował przyznaniem znacznie większej ilości mil, niż wynikałoby to z przelecianej trasy – stosowało się specjalny mnożnik, który zwielokrotniał naszą zdobycz. Kupiliśmy bilet na trasę liczącą 5000 mil lotniczych w biznes klasie, gdzie ów mnożnik wynosił 250 proc.? Otrzymywaliśmy nagrodę w wysokości nie 5000 mil, lecz 12500 otrzymane mile zależały od posiadanego statusu w danej linii/programie. Pasażerowie, którzy korzystają często z usług konkretnego przewoźnika (i mają status „gold”, „elite”, „senator” – tutaj określeń jest wiele), mogli liczyć na korzystniejszy przelicznik. Foto: The Travelers Club / Boarding Area Aktualnie w większości programów milowych powoli odchodzi się od takiego prostego systemu. Coraz częściej mile nie są naliczane na podstawie przebytego dystansu, lecz opłaconych taryf. Co za tym idzie, linie lotnicze dążą do tego, aby nagradzać tych klientów, którzy wydają w ciągu roku sporą kwotę na bilety lotnicze – kosztem tych, którzy może i często latają, ale ich bilety reprezentują najtańsze, „śmieciowe” zdobywać można również poprzez… zakupy. Przykład: jeżeli posiadamy kartę kredytową, która jest wydana przez bank (współpracujący z daną linią lotniczą lub sojuszem), to za każde zakupy, które opłacimy taką kartą, otrzymamy mile. To wolny – lecz skuteczny – sposób na „ciułanie” mil. Mile to pieniądze– Korzystałeś z tych zgromadzonych mil?– Tak, czasami je wykorzystywałem, nie trzymałem ich na kupce tylko po to, aby móc sobie oglądać stan konta.– Na co wydawałeś mile?– Na podwyższenie klasy lotu, na dodatkowy bilet dla mojej żony, gdy lecieliśmy do Stanów.– Coś jeszcze?– Kupiłem kiedyś fajny zegarek. I jakieś inne zrobić z milami? Cóż, tutaj dużo zależy od danego programu. Najprościej (i tak naprawdę to od zawsze była główna wisienka na torcie, związana ze zbieraniem mil) wydać je na… inny bilet. Zobrazuję to może na konkretnym, swoim że potrzebuję dostać się z Paryża do Marsylii, 8 stycznia 2019 r. Bilet na to połączenie kosztuje ok. 100 EUR w jedną stronę. Ale ponieważ posiadam mile-nagrody w systemie lojalnościowym linii Air France-KLM, loguję się na swoje konto – i widzę, że ten sam bilet mogę kupić znacznie taniej, „opłacając” część kosztów zdobytymi tym konkretnym przypadku, za bilet zapłacę 3600 mil (które zostaną odjęte z mojego konta) oraz 31,57 EUR dopłaty – najczęściej są to podatki i opłaty nie stoi na przeszkodzie, abym za zdobyte mile kupił bilet także dla innej osoby: żony/męża, kolegi, kogoś znajomego. Jeżeli tylko mój stan konta milowego mi na to pozwala, po prostu loguję się, szukam biletu który mnie interesuje – i dokonuję „zakupu”. Foto: Paweł Kunz, / Flying Blue Dzięki zdobytym milom (i niskim dopłatom) możliwe są naprawdę fascynujące podróże. Do rzadkości nie należą oferty, gdzie podróż w jedną stronę z Europy do Ameryki Południowej (na przykład do Gujany Francuskiej) lub na Karaiby kosztuje kilkanaście tysięcy mil plus kilkadziesiąt EUR sposobem na wydawanie mil jest podwyższenie standardu podróży. Zamiast lecieć w klasie ekonomicznej, „kupujemy” sobie fotel w klasie biznes… lub wręcz w pierwszej klasie. I cieszymy się podróżą w luksusowych warunkach, która – patrząc w cennik – kosztuje ogromne kwoty. Po co mi mile?Za zdobyte mile możemy również dokonywać przeróżnych zakupów: od elektroniki użytkowej, poprzez perfumy, biżuterię, skończywszy na bagażu podróżnym, książkach, muzyce czy nawet ważne, część korporacji i sklepów uczestniczy w programach partnerskich, oferując osobom kupującym „za mile” specjalne bezimienne karty upominkowe lub atrakcyjne rabaty. Niekiedy sami przewoźnicy ogłaszają akcję promocyjną, w ramach której można kupić „pakiety mil” za mniejszą niż zazwyczaj jeszcze jedna ważna kwestia: mile najczęściej można również transferować. Mówiąc wprost: jeżeli chcę przekazać część (lub całość) moich mil dla innej osoby, to mogę to zrobić. Zdobyte mile wędrują wtedy z jednego konta na drugie. Część z programów lojalnościowych (Miles & More, Flying Blue itd.) pobiera za to opłatę, bezpośrednio związaną z ilością transferowanych mil – co w pewnych przypadkach czyni całą operację średnio podstaw. Czas na „mięso”. Foto: Iberia / British Airways Kradzież– Kiedy się zorientowałeś, że zostałeś okradziony?– W wakacje. Ostatnio miałem mały przestój w pracy, nigdzie nie latałem i nie zaglądałem na konta. Zastanawiałem się nad przelotem początkiem 2019 r. do Azji, i zalogowałem się na moje konto. Ku mojemu zdziwieniu, okazało się, że moje mile… wyparowały.– Co oznacza „wyparowały”?– Nie było ich. Mój status milowy wynosił zero. A jeszcze kilka miesięcy temu w tym konkretnym systemie lojalnościowym miałem ponad 150 tys. uzbieranych mil.– Co zrobiłeś?– Zacząłem ekspresowe można stracić mile? Możliwości jest wiele. To wręcz zadziwiające, jak małą posiadamy świadomość na temat tego, że mile przedstawiają realną wartość finansową. To nie tylko suchy zapis cyferek w komputerze – ale realny produkt, który może być dużo wart…I o ile w przypadku naszego portfela, kart kredytowych czy konta bankowego zachowujemy dalece posuniętą ostrożność (wieloznakowe hasła, tokeny, dodatkowe uwierzytelnianie, potwierdzanie transakcji SMSem), o tyle w przypadku kont lojalnościowych w liniach lotniczych często panuje „wolna amerykanka”.Dość powiedzieć, że do niedawna w jednym z największych tego typu programów, do zalogowania potrzebny był login (którym mógł być również numer karty członkowskiej) oraz czterocyfrowy kod. To złodziei to raj. Mogą uzyskać te dane na wiele sposobów: na przykład włamując się do skrzynki pocztowej lub wysyłając link do specjalnie spreparowanej strony, która wyłudzi hasło. Niekiedy beztrosko dzielimy się większością niezbędnych danych (na przykład zdjęciem karty lojalnościowej) w mediach społecznościowych. Sposobów na nieautoryzowane dostanie się do naszego konta jest sprzyja jeden istotny fakt. W odróżnieniu od naszego konta bankowego, na które logujemy się bardzo często i dość dokładnie wiemy, jaki jest nasz aktualny stan zapasów gotówki – na konto w lotniczych systemach lojalnościowych, takich jak Flying Blue czy Miles & More zaglądamy okazjonalnie. Niekiedy raz na kilka miesięcy, czasami nawet rzadziej. I ewentualne nieprawidłowości możemy dostrzec dopiero po dłuższym dalej? Cóż, jeżeli konto milowe zostało przejęte przez osoby nieupoważnione, pozostaje nam… modlić się o to, aby nasze mile nie wyparowały. Dokładnie tak, jak naszemu czytelnikowi. Foto: Mechanizm przekrętu– Doszedłeś do tego, jak to się stało?– Tak, chociaż trochę czasu mi to zajęło. Pomógł mi dział wsparcia. Moje mile zostały wytransferowane na inne konto, z którego dokonano zakupu biletu na pierwszą klasę, na lot w Azji. Plus pobyt w jednym z drogich hoteli. Ktoś sobie zrobił po prostu wycieczkę. Albo przehandlował moje mile.– Ale przecież zakup biletu dla innej osoby to mnóstwo śladów. Jest nazwisko, imię, inne dane osobowe, adres…– Podobno konto było założone na fałszywe dokumenty. Mówiąc wprost, było przygotowane do przyjęcia mil i wydania ich.– Ktoś próbował udzielić Ci pomocy w tej sprawie?– Próbowałem, szukałem, wysyłałem maile. Niestety, przedstawiciele programu lojalnościowego na początku rozłożyli ręce. Twierdzili, że transfer mil był w pełni legalny i zautoryzowany przeze mnie.– Ale Ty nic nie zrobiłeś?– Kur*a, nie miałem nawet pojęcia, że ktoś majstruje przy moim koncie milowym.– Jaki jest finał całej sprawy?– Nie ma finału. Wciąż koresponduję z przedstawicielami programu lojalnościowego, próbuję ich przekonać, że padłem ofiarą złodziei – i chciałbym, aby moje mile wróciły na konto. Pracowałem na nie dobrych kilka poruszony rozmową z panem Markiem. Postanowiłem nieco „pochodzić” przy tygodnie później dysponowałem wiedzą, którą niekoniecznie chciałbym pozyskać. „Lewe” mile to chodliwy towar, którym się handluje niczym pietruszką na bazarze. Z tą istotną różnicą, że tutaj bazar jest… w internecie. W darknecie. * * *W specjalnych miejscach sieci (duża część z nich ma w adresie angielskie słówko, oznaczające cebulę) bez trudu odnajduję sprzedawców, którzy oferują do sprzedaży zarówno mile, jak i całe konta w systemach nagród lotniczych. Obowiązuje pełna anonimowość. Za kupione mile – nie wnikasz w to, czy pochodzą z kradzieży, czy ktoś po prostu chce się pozbyć swoich mil – płacisz w kryptowalutach: ethereum, bitcoin zależą od tego, jak wiele mil w pakiecie chcesz kupić, czy transakcja ma polegać na zakupie konkretnego biletu, transferze mil czy przekazaniu loginu i hasła do konta, na którym są zgromadzone tys. mil w programie Miles & More można kupić za równowartość 2-3 tys. PLN. Można taniej (choć ciężko), można drożej – tutaj jak zwykle, popyt i podaż generują rynek. Foto: Sharaf Maksumov / Shutterstock W cenie są konta, które są „czyste”. Oznacza to, że ruch na nim nie budzi jakichkolwiek podejrzeń ze strony zarządzających programem lojalnościowym, jak i właściciela konta. To ciągła walka dobra ze złem: jeżeli linia lotnicza zorientuje się, że dane konto zostało zhakowane lub przejęte w sposób nieautoryzowany, potrafi je oznaczyć lub po prostu teorii mogą nawet anulować rezerwację na lot, który został kupiony za mile pochodzące z nielegalnego konta. Ale w większości przypadków to (tylko) teoria. * * *– Nie ma przypału. Żadnego. Czyste konto, mile wytransferowane, twój wybór czy chcesz kupić tylko część z mil, czy całość.– Ile jest na koncie?– Jakieś 300 tys. mil. Jak kupisz całość, zejdę z rozmów przeprowadziłem kilka. Łączy je jedno: za stosunkowo niewielkie kwoty (w stosunku do ich wartości i tego, jak mógłbym je wykorzystać) mogę wejść w posiadanie mil lotniczych w wielu programach. Nie tylko tych popularnych w Polsce – tutaj rządzi Miles & More – ale również również na „sprytnych” sprzedawców, którzy na pozór oferują legalny towar. Ogłoszenia w stylu:– Mogę kupić dla Ciebie bilet na lot linią lotniczą zrzeszoną w sojuszu Star Alliance. Bilet na połączenia w Europie, klasa economy i biznes, bardzo atrakcyjna cena!Wersje łagodne to: „szukam przyjaciela, któremu zabookuję bilet”. Przyjaciela, który zapłaci. I nie będzie pytać, skąd te mile się wzięły.* * *Linie lotnicze walczą z takimi procederami. W teorii zakazane jest sprzedawanie biletów za punkty – osoba, która próbuje to robić, może mieć zablokowane konto lub być wręcz wykluczona z całego programu. Ale zakazany owoc do krakowskiego menedżera, który opowiada historię ze swojego podwórka.– U nas akcja wyglądała jeszcze inaczej. Mile znikały w dziale odpowiedzialnym za zakupy biletów dla pracowników. Ponieważ jesteśmy polskim oddziałem naprawdę dużej światowej korporacji, tych zakupów jest bardzo dużo. Kiedyś mogliśmy nawet sami (na stopniu menedżerskim) kupować bilety do danego pułapu, dając potem znać odpowiedniemu działowi w kwestii rozliczeń. Potem zostało to wysypało się przy audycie. Okazało się, że obrotna pani regularnie czyściła niektóre z kont, transferując mile na swoje prywatne konto. Latała potem po świecie za te mile, robiła zakupy, generalnie używała sobie. Była na tyle mądra, że nie czyściła kont do zera, tylko „jadła małą łyżeczką”. Jeżeli na koncie było 280 tys. mil, transferowała tylko ów ogonek, zostawiając 200 tys. Nikt jej nie sprawdzał, to była zaufana osoba, pracująca w naszym polskim oddziale praktycznie od samego początku. Foto: Cukierki? Bardzo specyficzneAle nie tylko kradzionymi milami handluje się w internecie. Przy odrobinie dobrej woli, nawet na ogólnodostępnych stronach, serwisach aukcyjnych, forach podróżniczych – można znaleźć oferty „sprzedaży cukierków”.– Na ch*j mi cukierki, potrzebuję mil lotniczych – wykrzyknie sfrustrowany poszukiwacz cukierki niejedno mają miano. Są i takie specyficzne. Kolorowe draże, w kształcie guzików, produkowane przez firmę Mars. Wiecie, każdy ma wydrukowaną małą literkę „M” na jednej tysięcy cukierków. Cukierków M&M’s. Raz jeszcze: M&M’s… i… program lojalnościowy Miles & More, do którego należy PLL LOT. Wszystko jasne, nieprawdaż?* * *Skąd takie oferty? Cóż, są ludzie, którzy otrzymują mile lotnicze w sposób bezkosztowy, bezpłatny. Jeden z moich znajomych pracuje w firmie, która wysyła go 6 razy w roku do Stanów Zjednoczonych. Za każdym razem leci klasą biznes, bilet wyszukuje i kupuje samodzielnie, przedstawiając fakturę swojemu pracodawcy, który ją lotnicze (w tym przypadku jest ich sporo, bo za klasę biznes mnożnik jest znacznie lepszy, niż za zwykłą klasę ekonomiczną) trafiają na jego prywatne konto. Pracodawca nie ingeruje w to – dla niego ważny jest efekt jego pracy i to, że mimo kosztów takich biletów (są znacznie droższe niż na klasę ekonomiczną), mój przyjaciel po locie przez Atlantyk jest w stanie od razu z lotniska pojechać do hotelu, wziąć prysznic i jechać na w grę wchodzi wygoda przelotu, możliwość spania na rozłożonym fotelu, zupełnie inna jakość obsługi. Przy locie klasą ekonomiczną na długich dystansach, po przylocie do miejsca docelowego jesteśmy dość mocno „zmięci”…Skąd więc sprzedaż i szukanie „kupca na cukierki”? Ponieważ mil jest tyle, że mój znajomy nie jest w stanie zużyć ich samodzielnie. A jak mają się przeterminować i stracić swoją ważność – to lepiej je sprzedać. Foto: Nada Sertic / Shutterstock ProfilaktykaJak się bronić przed takimi akcjami? Najprościej: sprawdzać regularnie swoje konto w programach lojalnościowych. I w przypadku jakiejkolwiek transakcji, która budzi podejrzenia – od razu reagować, kontaktując się z działem nie jest urojony, może dotknąć każdego z nas, często latających (i posiadających mile lotnicze). Historia jednego z naszych forumowiczów Fly4free. Świeża, bo sprzed 11 dni:– Podczas sprawdzania stanu konta odkryłem nietypową transakcję [zakup karty podarunkowej Miles&More Giftcards za 29700 mil – przyp. red.]. Oczywiście nie ja to zlecałem. Poza powyższą ciekawostką, zmieniony został mój adres zamieszkania (na chorwacki) oraz adres email (na jakiś bzdurny). Hotline potwierdził, że konto zostało zhakowane (niby mają zwrócić punkty na konto).* * *Pilnujmy swoich mil. One nie są tylko sentymentalną pamiątką po odbytych lotach. To realna waluta, którą możemy w dobry sposób oddawać ją w ręce osób nieuprawnionych. Oferty w najlepszej cenie porównaj loty, hotele, lot+hotel

4 mile za warszawą tekst